Kategorie: Wszystkie | ciekawostki | filmy | kto co czyta
RSS
środa, 31 marca 2010

Książką Johna Berendt'a kończę swoje wyzwaniowe lektury - dosłownie w ostatnim momencie. Po urzekającej "Umiłowanej" dwie następne powieści uplasowały się w moim rankingu lektur nieco niżej, aczkolwiek trzymały całkiem przyzwoity poziom ;)

Recenzja tutaj.

21:21, ninetaj
Link Dodaj komentarz »

W planie miałam 3 książki, przeczytałam sześć ("Vernon" DBC Pierre'a zakwalifikował się przy okazji), niekoniecznie tych z planowej listy:

1. W. Faulkner - Dzikie Palmy
2. A. Walker - Kolor Purpury
3. A. Walker - Possessing the Secret of Joy
4. W. Percy - Kinoman
5. V. Martin - Własność
6. T. Morrison - Miłość

Zdecydowanie najbardziej podobał mi się "Kolor Purpury" Alice Walker.

Wyzwanie niszowe, ale inspirujące. Z pewnością wrócę jeszcze do prozy Toni Morrison i Alice Walker, bezwzględnie chcę przeczytać "Znany świat" Jonesa.

Recenzje innych uczestniczek wyzwania zachęciły mnie do przeczytania "Przebudzenia" K. Chopin oraz "Daisy Fay i cudotwórcy" F. Flagg.

Podziękowania dla Padmy za natchnienie;)

 

 

09:23, czytanki.anki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 marca 2010

Sekretne życie pszczół  Sue Kidd Monk to moja ostatnia powieść przeczytana w ramach wyzwania Amerykańskie Południe w literaturze. Książka przeczytana „ostatnim rzutem na taśmę”, bo plan był inny – miałam przeczytać To Kill the Mockingbird a może i coś Fannie Flagg, ale ta pierwsza okazała się dla mnie zbyt ciężka, żeby ją połknąć w jednym podejściu, a Fannie Flagg jakoś mnie nie skusiła. Kiedy więc odkryłam na półce Sekretne życie pszczół, chyba pożyczone od mojej mamy, i po polsku, postanowiłam popełnić małe oszustwo i przeczytać coś szybko, żeby zdążyć przed końcem miesiąca...

Więcej można przeczytać tutaj.

Sekretne życie pszczół (The secret life of bees), Sue Monk Kidd, tłumaczenie Andrzej Szulc, Wydawnictwo Albatros, 2004

Sekretne życie pszczół

 Powieść przeczytana przy okazji Amerykańskiego wyzwania wywołała we mnie dość mieszane uczucia. Z jednej strony mi się podobała, z drugiej momentami drażniła mnie jej naiwność. Pisarka umieściła akcję swej książki w roku podpisania przez prezydenta USA ustawy o prawach obywatelskich dla kolorowych (1964), która odbiła się szerokim echem w nastrojach społeczeństwa amerykańskiego. To iż przyznano im nowe prawa wcale nie oznaczało, że mogli z nich skorzystać. Wzburzenie białych, ich pogarda, wrogość, to jeden z wątków tej książki, która porusza niebłahe tematy choć to wszystko oplecione jest mało wiarygodnymi zwrotami akcji. Pisarka czyniąc bohaterką swej książki dziecko ukazuje zmiany jakie zajdą w świadomości kolejnego pokolenia, które stanowić będzie podwaliny dla lepszej przyszłości. Dla Lily kolor skóry nie ma znaczenia, wyzbyta jest uprzedzeń starszych, jak sama stwierdza - to tylko "pigment".

 

c. d. http://smietankaliteracka.blox.pl/html

15:34, bsmietanka
Link Dodaj komentarz »

Sięgnęłam po "Gubernatora" zachęcona tym, że w 1947r. został nagrodzony Pulitzerem. Muszę powiedzieć, że się nie rozczarowałam.

Jest to historia Williego Starka, który dzięki ciężkiej pracy, uporowi i szczęściu przechodzi drogę od naiwnego idealisty i nieobytego w świecie wieśniaka do twardego i pragmatycznego gubernatora stanu. Narratorem powieści jest pracujący dla niego dziennikarz Jack Burden. W miarę rozwoju historii staje się on właściwie głównym bohaterem. Poznajemy jego relacje z matką i jej kolejnymi mężami oraz z ojcem, historię pewnych letnich wakacji, kiedy to zakochał się w Annie, siostrze swojego najlepszego przyjaciela, okoliczności, w których spotkał przyszłego gubernatora oraz wydarzenia, które doprowadziły do tego, że teraz na polecenie Starka szuka haków na sędziego Irwina, którego traktował kiedyś niemal jak przybranego ojca.W toku opowieści krzyżują się losy Jacka, Williego, Anny i jej brata Adama.

Nie jest to tylko powieść polityczna, obnażająca mechanizmy polityki, ale też powieść o wyborach moralnych, odpowiedzialności za swoje czyny, o winie i odkupieniu. Jack, kiedyś idealista tak jak Willie, pracując dla gubernatora zajmuje się m.in. wynajdywaniem haków na różnych ludzi i innymi niezbyt etycznymi działaniami. Konstruuje na własny użytek pewną filozoficzną teorię, próbując się uniewinnić, ale jest on po prostu niezdolny do zmierzenia się z problemami natury moralnej, do wzięcia odpowiedzialności za to, co robi i za bliskie mu osoby, do życia naprawdę (na szczęście do czasu).

Ciekawe jest też zestawienie Williego Starka, osiągającego swoje cele za pomocą szantażu, gróźb i kłamstw z Adamem Stantonem, na wskroś uczciwym lekarzem, którego nie interesują pieniądze i układy, a jedynie pomaganie chorym. Jednak dla mnie te postacie wcale nie są czarno -białe, zwłaszcza gubernator. To co chce osiągnąć Stark jest godne pochwały: nowe drogi na wiejskich obszarach, przywileje dla biednych, wielki szpital, gdzie pomagano by każdemu potrzebującemu. Jednak środki, które stosuje są nieetyczne. Przed tym zdaje się przestrzegać autor powieści: najpiękniejsze cele mogą być splugawione przez złe środki. Ale muszę się przyznać, że prawie dałabym się przekonać Williemu Starkowi, gdy mówił, że aby coś osiągnąć, trzeba sobie ubrudzić ręce (bo tak działa ten świat) i ktoś musi to zrobić, a ludzie tacy jak Adam Stanton bardziej przejmują się tym, żeby ich ręce pozostały czyste, niż żeby otrzymać konkretne rezultaty. Hm, podczas pisania tej recenzji uzmysłowiłam sobie jak wiele tematów do rozmyślań dostarcza ta książka ;)

Powieść ma jednak dla mnie kilka niedużych wad. Czasem jest lekko nużąca i zbyt drobiazgowo analizuje jakieś wydarzenia, kwestie itp. Niektóre rozważania ogólne dotyczące natury ludzkiej były mało przekonujące. Ale podsumowując, jest to na pewno bardzo dobra książka, napisana pięknym językiem, skłaniająca do przemyśleń. Dla mnie 5 z małym minusem. Polecam!

P.S. Podobno bardzo dobra jest ekranizacja tej powieści pt. "Wszyscy ludzie króla" w fajnej obsadzie: Sean Penn jako gubernator, Jude Law jako Jack Burden i Kate Winslet jako Anna Stanton.

poniedziałek, 29 marca 2010

"Kiedy umiera lato” to moja pierwsza książka Winstona Grooma, znanego przede wszystkim jako autora powieści „Forrest Gump” (o czym dowiedziałam się dopiero z okładki „Kiedy umiera lato”, ponieważ filmowy „Forrest Gump” nie zachwycił mnie na tyle, bym poszukiwała książkowego pierwowzoru – nazwisko autora wyleciało mi z pamięci). Przyznaję, że do lektury sprowokował mnie głównie fakt, że nie znalazłam w bibliotece pozycji, których poszukiwałam w ramach wyzwania, inaczej raczej bym po tę książkę nie sięgnęła... Czytanie jej jednak nie było straconym czasem, a po kilkudziesięciu stronach udało mi się wciągnąć w historię Willie’go i z zaciekawieniem śledzić jego losy.

Reszta na moim blogu.

23:42, mandzuria23
Link Dodaj komentarz »

 

Tytuł oryginału: The Awakening
Tłumaczenie: Ariadna Demkowska-Bohdziewicz
Oficyna Wydawnicza Comfort
Warszawa 1992
ISBN 83-85377-15-8
Seria: Biblioteka romansu

 

Sięgnęłam po tę książkę, bo dawno temu czytałam ją w oryginale, ale nie pamiętałam niczego, oprócz pozytywnych wrażeń. Chciałam sobie przypomnieć, dlaczego mi się podobała. Tym razem sięgnęłam po polską wersję.

 

A co czułam po przeczytaniu, można przeczytać TUTAJ.
niedziela, 28 marca 2010

To moja pierwsza wyzwaniowa lektura i nie jest źle, ale zachwycająco też nie. Prawdę mówiąc, dziwię się, że w 2003 roku nie znaleziono jakiejś książki, która bardziej by zasługiwała na Orange Prize.

Jest to historia Manon, kobiety nieszczęśliwej w małżeństwie, znudzonej życiem na plantacji trzciny, z dala od miejskich rozrywek. Manon nienawidzi swojego męża prostaka, służącej Sarah, która jest kochanką jej męża, dziecka, które narodziło się z tego związku. Pewnego dnia ma  miejsce zdarzenie, dzięki któremu może uwolnić się od władzy męża i decydować sama o sobie.   Jednak jak się okazuje, nie oznacza to automatycznie szczęścia i wymarzonego życia.

Książka pokazuje, w jak podobnej w zasadzie sytuacji znajdowały się wtedy kobiety i niewolnicy. Czarni byli własnością białych, żony własnością mężów. Nawiasem mówiąc, Manon jakby upełnie nie zdaje sobie z tego sprawy, próżno szukać u niej choćby śladu współczucia dla niewolników. Po części właśnie z jej powodu nie potrafiłam przejąć się tak naprawdę tą całą historią - główna bohaterka nie wzbudza sympatii, jest egoistką przepełnioną negatywnymi emocjami. Irytowała mnie tym, że jako pani domu niczym się nie interesowała i nic nie robiła, tylko siedziała w swoim pokoju i wszystkich nienawidziła. Mimo wszystko chciałam, żeby jej się ułożyło, ale okazało się, że w tamtych czasach kobieta w żadnych okolicznościach nie może do końca sama o sobie decydować. Jedyną rzeczą, a raczej człowiekiem, nad którym Manon ma władzę, jest niewolnica Sarah, dlatego nie sprzedała jej, chociaż mogła. Ona po prostu nienawidzi Sarah i gdy służąca ucieka, Manon nie szczędzi sił i środków, aby ją wytropić i sprowadzić z powrotem, jakby nie mogła znieść, że ta czarna niewolnica mogłaby mieć coś, czego ona sama nie może mieć, czyli wolność.

Napisane jest to wszystko prostym, niewyrafinowanym językiem. Czyta się szybko i przyjemnie, ale sądzę, że nie rozmyślałabym o "Własności" za dużo (a może i wcale), gdyby nie to, że musiałam się zastanawiać, co napisać o niej na blogu. Podsumowując, dla mnie książka na szkolne 4 z minusem.

Do końca marca dni trzy i pół, więc nie sądzę, żebym jeszcze przeczytała jakąś pozycję dotyczącą Amerykańskiego Południa.
Nie znaczy to oczywiście, że nie przeczytam już nigdy nic południowego. Wręcz przeciwnie! 
Ta literatura robi na mnie niesamowite wrażenie. 
Przede wszystkim każda południowa książka (pomijając „Sprzysiężenie osłów”), którą przeczytałam w ramach wyzwania, przywołuje echa dzieciństwa, beztroskę, zapachy, bieganie po podwórku, lato, lato, lato, zimną, pełną bąbelków oranżadę… Owszem, porusza bardzo ważne i trudne tematy – rasizm, nieposzanowanie inności, przywiązanie do ziemi, biedę, religijność, wręcz fanatyczną czasami, ale wszystko podane jest w taki sposób, że zastanawiasz się niejako przy okazji – rozwiązując zagadkę kryminalną, mieszkając w domku na drzewie, albo smażąc zielone pomidory. Myślisz dziecięco, nie do końca na poważnie i dopiero potem, kilka dni po przeczytaniu książki przychodzi Ci do głowy, że tak bardzo niesprawiedliwe jest oskarżenie Toma Robinsona…

W każdym razie w ramach czasowych wyzwania:

Miałam przeczytać:
„Zabić drozda”
„Harfę traw”
„Sekretne życie pszczół”
„Sprzysiężenie głupców”
„Przygody Hucka Finna”

Przeczytałam:
„Zabić drozda” 5,5/6
„Sprzysiężenie głupców” 2,5/6
„Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya” 5/6
„Malowany dom” 5/6
„Hotel Paradise” 5/6
„Harfa traw” 5,5/6

Nie przeczytałam Hucka Finna, bo jakoś mnie przeraziła jego objętość i ze trzy razy brałam go do ręki i trzy razy odkładałam, więc nie zmieścił się w terminie, ale na pewno przeczytam. Latem, wtedy, kiedy jest ciepło, najlepiej nad jakimś jeziorem, gdy będę się śmiać w głos, mocząc nogi w wodzie i gdzie będę mogła pobiegać zaraz potem, nieskrępowana.
A „Sekretne życie pszczół” czytałam parę lat temu- chciałam sobie przypomnieć. Jednak po przeczytaniu „Harfy traw” odłożyłam na razie – bardzo mocno „Harfa traw” kojarzyła mi się z „Sekretnym życiem pszczół” – Murzynka, opóźniona kobieta, dziewczynka-sierota, klimat, jakiś taki podobny… Jak zatrze mi się w pamięci gadanie źdźbeł trawy, to na pewno jeszcze raz posłucham, co pszczoły mają do powiedzenia.

A najbardziej mi żal, że nie przeczytałam „Daisy Fay i cudotwórca”, ale ciągle ktoś mi sprzed nosa w bibliotece sprzątał, a jak się zapisałam na rezerwację, to ktoś przetrzymuje niecnie bardzo, ignorując pieczątkę „CHCĘ WRÓCIĆ NA CZAS DO BIBLIOTEKI! KTOŚ NA MNIE CZEKA!”

Niniejszym kończę moje wyzwanie w sumie zadowolona z rezultatów.
I dziękuję Padmie za cały wysiłek, jaki wkłada w ideę wyzwań czytelniczych.


TRUMAN CAPOTE
„HARFA TRAW” 
[W:] TRUMAN CAPOTE, „ŚNIADANIE U TIFFANY’EGO; HARFA TRAW”
(TŁ. BRONISŁAW ZIELIŃSKI)
PRÓSZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 1999

…mojego pierwszego wyzwania literackiego wybrałam „Harfę traw” Capote’a.
Dobry wybór.
A dobry z dwóch względów.

Dlaczego?

Dlatego!

Tagi: książki
15:14, mar-pil
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4