Kategorie: Wszystkie | ciekawostki | filmy | kto co czyta
RSS
czwartek, 18 marca 2010

Winston Groom - "Kiedy umiera lato"

Historia rozpoczyna się w roku 1959 w miasteczku Bienville w stanie Luizjana na południu Stanów Zjednoczonych. Książka porównywana do mojej ukochanej powieści „Zabić drozda”, ale nie dorównuje jej ani treścią, ani przekazem. Dwie strony, dwa światy – bogaci i biedni – biali i czarni. Gdy nie wiadomo o co chodzi – chodzi o pieniądze i tak jest w tym przypadku. Holtowie – rodzina bogaczy, gdy dowiaduje się, że na ich ziemi są złoża ropy naftowej czym prędzej chcą z niej wyeksmitować „czarnuchów”, ale tu pojawia się problem – oni mają akt darowizny i po swojej stronie przeciętnego prawnika Willie’go Crofta, który dopiero po dwudziestu latach pracy odkrywa w sobie prawdziwe powołanie i znaczenie tego zawodu. Rozpoczyna się walka, nie tylko o ziemię, ale także o przekonania, walka, która rozdzieli rodziny i doprowadzi do niejednej tragedii. Do czego zdolni są ludzie w imię pieniądza… Ogólnie rzecz biorąc, książka nie zachwyca, po Groom’ie spodziewałabym się czegoś więcej, najbardziej interesujące były opisy potyczek na sali sądowej, gdzie w Willim jest już pasja i wola walki, gdzie właśnie na tej sali łamie stereotypy i uprzedzenia. Zawsze się zastanawiałam dlaczego ludzie ludziom gotują taki los – segregacji rasowej…Ta książka pokazuje jednak, że nieważne jaki masz kolor skóry – możesz być kim chcesz, bo jesteś CZŁOWIEKIEM.

Ciąg dalszy tu : Tucha

00:35, tunialove
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 marca 2010

Jest to ostatnia książka, którą postanowiłam przeczytać w ramach południowego wyzwania. Ostatnia jeśli chodzi o wymogi wyznania, a na pewno nie ostatnia jeśli chodzi o południowe książki w moim życiu. Cieszę się bardzo, że się na nią zdecydowałam, choć w ogóle nie brałam jej pod uwagę. Kiedyś czytałam "Kuzynkę Norę" i dobrze ją wspominam, więc postanowiłam dać szansę kolejnej książce tej autorki.

 

więcej TU

sobota, 13 marca 2010

Trudno mi jednoznacznie ocenić tę książkę – na pewno dobrze wpisuje się w wyzwanie „Amerykańskie Południe”, bo w dużej mierze skupia się na życiu codziennym mieszkańców Missisipi, poruszając takie tematy jak segregacja rasowa w szkołach, stopniowe nadawanie przywilejów społeczności Afroamerykańskiej czy sprzeciw wobec wojny w Wietnamie. Z drugiej strony jednak, brakowało mi tego napięcia, którego spodziewałam się sięgając po książkę Johna Grishama.

Zapraszam do przeczytania wrażeń z lektury w Kąciku książki.

Tagi: Grisham
20:23, kot_kreskowy84
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 marca 2010

Fannie Flagg, urodzona w Alabamie aktorka i pisarka po sześćdziesiątce, znalazła sprawdzony sposób na tłuczenie kasy pisanie bestsellerów. Przeczytałam pięć z jej sześciu książek i nie ukrywam, że irytuje mnie ich przewidywalność i schematyzm. Sfrustrowana brakiem w bibliotekach książek z mojej wyzwaniowej listy, sięgnęłam jednak po raz enty po "Smażone zielone pomidory", moim zdaniem najlepszą, a na pewno najbardziej znaną powieść Flagg (także z głośnej ekranizacji z Mary Stuart Masterson, Jessicą Tandy i Cathy Bates). Książka na szczęscie nie ma pretensji do bycia czymś więcej niż optymistycznym kobiecym czytadłem. Jak to w książkach o amerykańskim Południu bywa, pełno tu oryginałów, niemal bez wyjątku sympatycznych i o złotym sercu. Akcja toczy się w kilku przestrzeniach czasowych, głównie w latach trzydziestych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, co jest ciekawym zabiegiem, jednak na początku utrudniającym lekturę. Autorka wykorzystała też inny znany chwyt: urocza staruszka opowiada sfrustrowanej i niezadowolonej z życia kobiecie w średnim wieku o czasach i ludziach swojej młodości. Młodości rzecz jasna wyidealizowanej do granic absurdu - główne bohaterki to para lesbijek (jak sama Flagg) wspólnie wychowująca dziecko jednej z nich (przypominam, że są to lata 30. a stan to Alabama, zaś miasteczko jest małe), co absolutnie nikomu nie przeszkadza. Współczesna (to znaczy z lat osiemdziesiątych) bohaterka Evelyne, która dzięki krzepiącym opowieściom prawie dziewięćdziesięcioletniej przyjaciółki zmienia swoje życie, jest mi bliższa niż świetlana Idgie, która dziś pewnie byłaby jedną z tych wzbudzających lęk w otoczeniu "męskich" lesbijek w skórzanych kurtkach i glanach, z kolczykami w nosie i z wielkimi tatuażami.


Więcej na moim blogu. Zapraszam też na ciasteczka z Whistle Stop Cafe:) (klik)

 

środa, 10 marca 2010

Północ w ogrodzie dobra i zła Johna Berendta to pierwsza książka, którą przeczytałam w ramach wyzwania.  Podtytuł figurujący na drugiej stronie: „Opowieść o Savannah” wyraźnie wskazuje, kto (a raczej co) jest prawdziwym bohaterem opowieści.

Północ w ogrodzie dobra i zła jest powieścią- reportażem, czymś określanym w języku angielskim, jako non-fiction novel. Opowiada o Savannah, mieście portowym założonym w 1733 roku, które rozwinęło się dzięki handlowi bawełną. John Oglethorpe, założyciel stanu Georgia zbudował miasto na szczycie urwiska na brzegu rzeki Savannah, 18 mil od wybrzeża Atlantyku. Ulice miały, według niego, tworzyć siatkę przecinającą się pod kątem prostym z pięknymi placami rozmieszczonymi w równej odległości od siebie. W rezultacie miasto miało się stać gigantycznym ogrodem złożonym z placów- klombów.

Miasto poznajemy oczami przybysza z północy, mieszkańca Nowego Yorku, który przybył do Savannah najpierw na wycieczkę, potem zaczął spędzać tam coraz więcej czasu, by w końcu zamieszkać tam na stałe.

Savannah jest miejscem, które niechętnie poddaje się zmianom, trwającym w częściowej izolacji i szczycącym się tym. „Żyjemy w izolacji. We wspaniałej izolacji! Jesteśmy małą enklawą na wybrzeżu – sami dla siebie, otoczeni jedynie przez bagna i lasy sosnowe.” Niechętnie odsłania swoje prawdziwe oblicze przed przyjezdnymi. Jest miastem opornym na wpływy zewnętrzne, ale jednocześnie gościnnym.

Zupełnie nie jesteśmy podobni do reszty Georgii. Mamy takie powiedzenie:”Kiedy jedziesz do Atlanty, pierwsze pytanie, jakie ludzie ci zadają, brzmi: „Jakim biznesem się pan zajmuje? ‘’ W Macon pytają:,, Do jakiego kościoła pan chodzi?” Ale w Savannah pierwsze pytanie, jakie zadają panu ludzie, brzmi:” Czego się pan napije?”

Jest to gościnność podszyta lekko złowieszczą nutką. Przewidująca każdą ewentualność, jaka może spotkać przybysza.

„- No, więc gdyby było panu pisane umrzeć w czasie pobytu w Savannah – powiedziała panna Hart z łagodnym uśmiechem– tutaj

właśnie pana pochowamy. To jest Grobowiec dla Przybyszów. Został zbudowany na cześć człowieka nazwiskiem Wiliam Gaston. Wydawał wspaniałe przyjęcia. Zmarł w dziewiętnastym wieku. Ten grobowiec jest pomnikiem jego gościnności. Jest w nim pusta krypta zarezerwowana dla ludzi spoza miasta, którzy umrą, odwiedzając Savannah. Mają w ten sposób okazję odpocząć na chwilę na jednym z najpiękniejszych cmentarzy na świecie(…).”

Gościnność mieszkańców Savannah wyraża się też w ulubionym sposobie spędzania przez nich czasu – na przyjęciach. Są one, poczynając od nobliwych balów i przyjęć karcianych, po bardzo „niegrzeczne” imprezy , bardzo zachęcająco i barwnie opisane.

Bohaterem powieści, czy raczej relacji reporterskiej jest miasto, a miasto tworzą ludzie. W wyizolowanej, specyficznej atmosferze tego miejsca ekscentryzm rozwija się jak kwiaty w cieplarni. Książka jest, więc też zbiorem portretów dziwaków, ludzi oryginalnych, opisanych obiektywnie acz z sympatią. Jednemu z nich Jimowi Williamsowi i związanemu z nim wątkowi kryminalnemu poświęcona jest druga część książki. Nawiasem mówiąc, wątek kryminalny nie jest, według mnie, specjalnie pasjonujący.

Książkę oceniam jako sympatyczną lekturę, obowiązkową dla osób wybierających się do Georgii. Po jej przeczytaniu na pewno będą mieli ochotę zobaczyć Savannah. Choćby po to, by na pięknym cmentarzu, siedząc na grobie w kształcie ławki, słynnego amerykańskiego poety Aikena, podziwiając rozciągający się z tego miejsca widok, wypić zgodnie z jego życzeniem Martini.

W skali szkolnej dałabym książce ocenę dobrą.

 

 

Wbrew tytułowi powieść nie jest o miłości, ale o jej "krewniaczkach" czyli zdradzie, nienawiści i seksie. Akcja rozgrywa się w 1993 r. w dawnym kurorcie Silk (pewne informacje wskazują na stan Georgia), do którego przyjeżdża 18-letnia Juniorka Viviane, do niedawna wychowanka poprawczaka. Znajduje pracę w domu dwóch staruszek: Heed i Christine, w dzieciństwie - przyjaciółek, a obecnie - zaciętych wrogów. Powodem niesnasek stał się - jak to często bywa - mężczyzna, ale nie byle jaki: był to dziadek Christine, który za żonę pojął 11-letnią wówczas Heed. Tak, dla nastolatki to może być cios.

Książka opowiada o reperkusjach tej decyzji ciągnących się przez kilkadziesiąt lat. Szczegóły poznajemy stopniowo i z kilku źródeł, w tym od niejakiej L z zaświatów. W tle przetacza się historia czarnych w Stanach Zjednoczonych: lincze, rozruchy, desegregacja. "Miłość" jest również książką o losie kobiet, jak bardzo jest on, czy raczej - był, zdeterminowany przez mężczyzn. Sprawca całego zamieszania od lat nie żył, a jednak przez dziesięciolecia wzbudzał silne emocje u Heed i Christine. Tak jakby jego duch był wciąż obecny w domu i w diabelski sposób drwił sobie z obu staruszek.

Atmosfera powieści kipi od namiętności różnego rodzaju, postaci są barwne i znakomicie zarysowane. W porównaniu z "Umiłowaną" język jest prosty, o wiele bardziej przystępny. Ale nawet gdy jest mowa o potrawach lub strojach, są one tak plastycznie opisane, że wręcz namacalne. Skrzy się tu także od subtelnego humoru, co dodaje całości uroku. Z chęcią obejrzałabym ekranizację tej książki, o ile kiedyś powstanie.

Toni Morrison, "Miłość", Świat Książki, 2005

14:13, czytanki.anki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 marca 2010


Pozwoliłam sobie włączyć do wyzwania powieść, której nie ma na liście, ale która pasuje tutaj idealnie, bowiem akcja toczy się w Teksasie i w sąsiednich stanach.

Napiszę krótko: "Hiszpańska mucha" jest rewelacyjna! O tym, dlaczego warto po nią sięgnąć, dowiecie się TUTAJ :)

21:43, germini
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 marca 2010

Książkę pobrałam z podaja na potrzeby wyzwania czytelniczego - amerykańskie południe w literaturze. Przeczytałam. Teraz usiadłam do napisania recenzji, otworzyłam edytor i zamarłam. O czym by tu napisać? No dobrze, zacznę od krótkiego przedstawienia: główną bohaterką jest Rosacoke, a w książce opisana jest jej długoletnia miłość do chłopaka Wesleya. Ona go kocha, pisze do niego, on jej czasem odpisuje, a czasem nie. Ona czeka, by chłopak przyjechał z wojska/z pracy w dalekim mieście, on, jak już przyjedzie, albo ją odwiedza, albo nie. Ona opisuje mu swoje uczucia w sposób delikatny, okrężny i nienachalny, a on jej odpowiada, że nie wie, o co jej chodzi. Łapiecie już klimat? Cała ksiażka jest delikatna i nienachalna, nasączona tą ostrożną obawą Rosacoke przed tym by nie wydać się natrętną, co swoją drogą trochę dziwne jest, bo mało kto jest mniej natrętny niż ona. Tak sobie myślę, że ja to doskonale znam z autopsji, tę delikatność i wiem, że się ona nie opłaca, nawet szeptałam to Rosacoke podczas czytania, ale ona mnie nie słuchała i robiła po swojemu, nie dziwię się, bo ja też robiłam po swojemu i nie słuchałam żadnych podszeptów.

Próbka myśli Rosacoke:

"Lecz z Wesleyem - inaczej; od razu, tego pierwszego dnia, wyraźnie przebijał przez niego cień dorosłego mężczyzny, jakby ktoś narysował na nim już gotową sylwetkę, którą miał tylko wypełnić sobą. Ja to widziałam, chociaż byłam mała. I widziałam, że nie ma tam miejsca dla Rosacoke Mustian, czymkolwiek ten chłopak zostanie. I wypełniał sobą zarys dorosłego mężczyzny, i jego twarz robiła się taka, jak przeczuwałam, że będzie, i przychodził do mnie tyle razy w tym czasie, całował mnie i tulił - a ja mu pozwalałam i mówiłam sobie: - on się zmienił i to jest miłość - a przecież zawsze byłam dla niego tym, czym jest woda dla łodzi - potrzebna mu po prostu po to, żeby mógł iść dalej, żeby dojrzał do miasta [...]".

Autor opisuje każdy krok, każdą myśl dziewczyny jakoś tak dziwnie, niby sennie i ospale, a w rzeczywistości wnikliwie, bo bez pośpiechu. O, to jest słowo-klucz: bez pośpiechu. I dzięki temu opisuje więcej, ma czas, by zatrzymać się nad tym i owym, przyjrzeć się:

"To jest taki dzień, jakiego nikt nie chce - pomyślała - cichy, szary i smutny, choć tak przejrzysty, że powykręcane gołe wiśnie nad stawem wyglądają jak wyżłobione ostrym rylcem".

To piękna książka, pięknie się ją czyta, zła jestem tylko, że egzemplarz, który mi się dostał, jest błędnodrukiem, brakuje kilkunastu stron w środku książki, z dość istotnym zwrotem akcji, na ile zdołałam się domyślić z kontekstu.

Czytajcie, czytajcie takie starocie (książkę w Polsce wydano w 1975 roku), urocze, nostalgiczne powieści, delikatne i miłe.

22:08, agnes_plus
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 marca 2010
Książę przypływów - Pat Conroy

No nie! Coś takiego jeszcze mi się w życiu nie zdarzyło...
Siedzę sobie w mięciutkim fotelu, piję aromatyczną herbatkę, czytam sobie Księcia przypływów... i chłonę, chłonę, chłonę każde słowo, każdą myśl, coraz bardziej mnie wciąga tajemnica Savannah i całej rodziny Wingo, a tu nagle pojawia mi się w głowie pytanie: Dlaczego następny rozdział ma numer 22? Jak to możliwe, skoro przeczytałam zaledwie pięć czy sześć rozdziałów? I o co właściwie chodzi z tym białym morświnem?
Co prawda po zetknięciu z książką Doroty Masłowskiej Paw królowej już wiele mnie nie zdziwi, to spokojnie przewracam kartki na początek książki i cóż widzę!? Pierwszy rozdział ma numer 16!!! A na okładce oprócz tytułu książki i nazwiska autora widnieje też malutki numerek 2... Rzeczywiście jak zaczęłam czytać, to nie bardzo mi się to kleiło, ale pomyślałam, że przecież czasem trzeba się dobrze wczytać, zanim akcja ruszy... No i ruszyła. Nie mogłam przestać czytać tomu drugiego, bo książka bardzo mnie wciągnęła. Poza tym pomyślałam sobie, że skoro nigdy wcześniej nie rozpoczęłam książki od środka, to dlaczego by raz w życiu nie spróbować? Co w tym złego, skoro sprawia mi to przyjemność i książka mi się podoba? Może to znak, że czas na literackie eksperymenty? A oprócz tego wszystkiego nieźle się uśmiałam - z siebie i z całej tej sytuacji :-)
Podsumowując ponad 700 stron niesamowitej powieści, przedstawiłabym to tak:
Miejsce akcji -  miasteczko Colleton w Karolinie Południowej.
Główni bohaterowie: rodzina Wingo - Henry (ojciec), Lili (matka), ich dzieci - Luke i bliźnięta Savannah i Tom, psychoterapeuta - Susan Lowenstein.
- Piękny język. Porównania, symbole, skojarzenia.
- Cudowne opisy, które nie nudzą czytelnika i których nie chce się omijać.
- Zaglądanie w nieprzeniknioną głębię duszy człowieka.
- Docieranie w podświadomość, czyli tam, gdzie dotrzeć nie można.
- Bezsilność wobec przemocy.
- Siła oddziaływania wydarzeń z życia człowieka na jego dalsze życie i na psychikę.

Dalszy ciąg na moim blogu.

piątek, 05 marca 2010

The Adventures of Huckelberry Finn (Przygody Hucka Finna), Mark Twain, Wordsworth Classics

The Adventures of Huckelberry Finn

Huckelberry Finn to dziecko z tak zwanych nizin społecznych, osierocone przez matkę i opuszczone przez ojca pijaka. Wydawałoby się, że pozostawiony sobie samemu chłopiec nie da sobie rady, ale jest inaczej. Huck ceni sobie swoją wolność i dlatego nie może się odnaleźć gdy pewna wdowa postanowiła go przygarnąć i "ucywilizować". Biedne dziecko starało się jak mogło i znosiło "fanaberie" starszej pani.

"The widow's servants kept him clean and neat, combed and brushed, and they bedded him nightly in unsympathetic sheets that had not one little spot or stain which he could press to his heart and know for a friend. He had to eat with knife and fork; ha had to use napkin, cup, and plate; he had to learn his book (...).the bars and shackles of civilization shut him in and bound him hand and foot."

Jednak sprawy komplikują się gdy pojawia się ojciec Hucka i żąda dla siebie pieniędzy syna. Wydarzenia mają swój finał w tym, że Huck pozoruje własną śmierć i ucieka ze zbiegłym niewolnikiem. Można powiedzieć, że zarówno chłopiec jak i zbiegły Jim zrzucili kajdany niewoli, Huck odrzucił społeczeństwo i konwenanse, które go krępowały, Jim postanowił sam zdecydować o własnym losie. To, że urwis nie jest wykształcony, ani w żaden sposób uformowany przez normy obyczajowe pozwala mu patrzeć na świat w niczym nie skrępowany sposób.

c.d. http://smietankaliteracka.blox.pl/html

11:14, bsmietanka
Link Dodaj komentarz »